Świat Mediów - Numer Archiwalny - Nr 41 - lipiec - LATO 2008

Dziennikarze – zawodowcy czy dyletanci?

Obserwując współczesne polskie media można odnieść wrażenie, że przybywa dziennikarzy, którzy mówią więcej niż wiedzą. W otwartym charakterze zawodu dziennikarskiego można, być może, doszukiwać się realizacji prawa obywatela nie tylko do informacji, ale i do informowania innych. Być może również brak reglamentacji zawodu można traktować jako jeden z ważnych przejawów demokracji społecznej. Ale otwartość tej profesji, która powinna stanowić o jej sile i być jej dobrą stroną, przekroczyła granice bezpieczeństwa.

Dlaczego nie słychać zatem prawie w ogóle dyskusji o metodach ograniczenia dostępu do zawodu? Może dlatego, że stopień mediatyzacji współczesnego społeczeństwa osiągnął taki punkt, w którym jedynym miejscem, gdzie odbywać się może debata publiczna, są właśnie media. Mówi się o tym, o czym mówią media, to one dostarczają tematów do rozmów. Nie ma się co dziwić, że tematem takim nie stają się inicjatywy wprowadzenia restrykcji do zawodu dziennikarskiego, zważywszy na fakt, jak wielu żurnalistów, również tych uznanych i cenionych, nie może wylegitymować się nawet dyplomem ukończenia kursu dziennikarskiego.

Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje. Dostrzegają go medioznawcy, a wśród nich Jan Załubski, który stwierdza wprost, że „tytułami dziennikarza i redaktora posługują się już uczniowie szkół średnich, studenci i wszyscy inni, którym udało się uzyskać ryczałt, albo tylko zgodę na luźną współpracę”. Nie ma żadnej kontroli nad tym, kto zajmuje stanowiska, w ramach których wykonuje się ważną i odpowiedzialną funkcję informowania społeczeństwa. Wystarczy odwiedzić którąkolwiek polską redakcję, aby przekonać się, że najczęściej są to osoby bez formalnego dziennikarskiego wykształcenia. Wiele z tych osób dobrze sobie radzi, ale są też takie, których przyjęcie do gazety czy programu odbyło się w niejasnych okolicznościach, a ich kwalifikacje, umiejętności, a przede wszystkim wiedza pozostawiają wiele do życzenia.

W zaniku profesjonalizmu dużą rolę odegrały zmiany personalne i generacyjne spowodowane transformacją polskich mediów w latach dziewięćdziesiątych. Uwolnienie spod cenzury, a przede wszystkim fakt, że prowadzenie działalności medialnej stało się dobrym biznesem, spowodowało obfite zapotrzebowanie na dziennikarzy. Zapotrzebowanie tak wielkie, że często z konieczności zatrudniano osoby niewykształcone, a chętne do pracy. Kiedy w 1994 r. Zakład Dziennikarski Instytutu Nauk Społecznych Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu próbował zaktywizować swoich studentów do redagowania własnego periodyku warsztatowego, nawet „przynęta” wręczenia im specjalnych legitymacji dziennikarskich okazała się mało skuteczna. Jak pisze Joachim Glensk z opolskiej WSP, „chłonność miejscowego rynku mediów (periodyki-efemerydy, prywatne rozgłośnie radiowe i studia telewizyjne) była niemal niezaspokojona. Nawet studenci trzeciego roku, a więc raczkujący dopiero w tej profesji, otrzymywali atrakcyjne angaże”. Jednocześnie z zawodu odeszło wielu doświadczonych dziennikarzy. Nie wszyscy dobrze czuli się w nowych warunkach. Niektórzy odeszli z własnej woli, bo np. nie potrafili „nauczyć się” komputera, ale wielu zostało zmuszonych do wycofania się z zawodu, gdyż byli niemile widziani przez nowych redaktorów naczelnych i wydawców ze względu na swoją przeszłość.


Ale dawne podziały, jakkolwiek nadal silnie wpływają na środowisko prasowe, nie oddziałują już na decyzje przy rekrutowaniu dziennikarzy. „Pierwszy głód” środków przekazu został dawno nasycony, panują raczej tendencje do redukcji zatrudnienia w instytucjach medialnych. Mogłoby się zatem zdawać, że nastały warunki dla merytorycznego wybierania kandydatów na stanowiska redakcyjne. Dzieje się jednak inaczej, a powodem jest przecenianie roli talentu i praktyki przy jednoczesnym marginalizowaniu roli wykształcenia. Dziennikarstwo jest sztuką i co do tego nie ma wątpliwości – nie da się go uprawiać bez zdolności, sprytu, obrotności, pewnego drygu, który trudno jest nawet ująć w słowa. Zarazem jednak niekorzystne i niewłaściwe jest ignorowanie wykształcenia, wiedzy, której potrzebę w codziennej pracy nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, ale która daje podstawy, aby grupę zawodową dziennikarzy lokować w ramach elity intelektualnej kraju.

Wszystkie te obserwacje doprowadzają do zasadniczego wniosku: ograniczenie otwartości zawodu wydaje się jedynym sposobem ochrony profesjonalizmu dziennikarskiego. Osoby, broniące otwartego charakteru profesji, twierdzą, że reglamentacja zawodu przez państwo mogłaby w pewnej mierze ograniczyć wolność słowa, uniemożliwiając wykonywanie profesji jednostkom, które nie uzyskały sankcji władzy publicznej. Być może zatem kwalifikowanie osób uprawnionych do wykonywania zawodu powierzyć należałoby samym dziennikarzom – a właściwie ich organizacji. Niestety, nawet na pierwszy rzut oka widać, że środowisko jest podzielone i niezdolne do solidarnego działania we własnym interesie. Praktycy zawodu nie widzą potrzeby, aby się zrzeszać, nie zapisują się do organizacji, gdyż nie widzą żadnych korzyści z takiej przynależności. Co gorsza, stowarzyszenia są skłócone, a ich konflikty nie przyczyniają się do odzyskania autorytetu.

Nie zmienia to faktu, że właśnie organizacje zawodowe mogą odegrać ważną rolę w terapii profesjonalizmu dziennikarskiego. Jeśli zasiądą w nich ludzie cieszący się zaufaniem kolegów i świadomi swoich obowiązków i praw, stworzone zostaną warunki do wspólnego zastanowienia się we własnym gronie nad sposobami przeciwdziałania złym tendencjom. Byłby to pierwszy krok na drodze budowania solidarności środowiska w tej ważnej sprawie. Prawdopodobnie jest kwestią czasu, kiedy dziennikarze zrozumieją, że licencjonowanie zawodu przez stowarzyszenie jest najlepszym sposobem na podniesienie profesjonalizmu, a regulacja dostępu do zawodu ma służyć zarówno podniesieniu prestiżu środowiska, jak i każdemu dziennikarzowi z osobna, zapewniając lepsze warunki pracy i zatrudnienia.

Ale nie miejmy złudzeń – panujące powszechnie wyobrażenie o kwalifikacjach potrzebnych do uprawiania żurnalistyki nie daje powodów, aby w najbliższym czasie spodziewać się samoograniczenia środowiska prasowego. „Talentyzm”, który jawi się jako naczelny wróg profesjonalizmu, i który fachowe przygotowanie do pracy traktuje jako stratę czasu, jest żywotny i ma się całkiem dobrze. Przekonani są do niego właściwie wszyscy związani z mediami: redaktorzy naczelni, wydawcy, ale również – co szczególnie martwi – sami dziennikarze. Ci ostatni, chyba mylnie, przekonani są, że włączenie „talentyzmu” do mitu o dziennikarstwie, podnosi jego rangę. Pozostaje zatem przywołać powiedzenie Karola Małcużyńskiego – seniora, publicysty i nauczyciela akademickiego. Zachęcał on adeptów w zawodzie do permanentnego kształcenia się, a swoich studentów przestrzegał słowami: „Nawet najzdolniejszy dziennikarz nie może napisać i powiedzieć więcej, niż sam wie”.

Michał Sajdak