Maturalny sen
W połowie września będąc w czwartej klasie liceum miałem sen. Śniło mi się, że siedzę sam w swoim pokoju, przy własnym biurku obok stoi komputer, a przede mną leży biała kartka kancelaryjnego papieru. Mam podane tematy matury z języka polskiego i pięć godzin, aby jak najlepiej napisać.
Od samego początku przed maturą liczyłem na to, że co jak co, ale maturę z polskiego zdam na bank, bez mrugnięcia okiem. Ot, czysta formalka. Nie spędzało mi snu z powiek. Jak się okazało miałem rację. Ale...
Ten sen był niepokojący. Gapiłem się na papier i próbowałem cokolwiek napisać. Tematów nie pamiętam. W ogóle nic nie wiedziałem. Mijała godzina za godziną, a ja co raz bardziej zdruzgotany i sponiewierany własną niemocą nie mogłem wydobyć z siebie ani pół zdania. Null, normalne zero. Wielkie nic. To tak, jakby rozpędzonej chińskiej gospodarce Putin zakręcił wszystkie kurki z gazem i pokazał wała. Wówczas poddałem się, nawet mi na myśl nie przyszło, że mogłem skorzystać z całego arsenału książek, opracowań, internetu itepe. Byłem uczciwy w swej indolencji do końca samego. Wynik mi się nie dośnił, bo zdążyłem się obudzić i z niewyraźnymi myślami wstałem, i poszedłem do szkoły.
Kilka dni później, będąc nadal w tej samej klasie liceum, miałem sen. Totalna kopia tego pierwszego. Tym razem walczyłem z tematem z historii, o którym – o dziwo – nie miałem zielonego pojęcia. Blamaż. Katastrofa. Masakra. Tak określiłby moją maturę dzisiejsze tabloidy. Potępiony w czambuł obudziłem się i odetchnąłem drugi raz z ulgą. Znowu sen. Identyczny. Ale nie proroczy.
Maturę na jawie zdałem tak jak chciałem. Idąc na pisemny polski nie czułem żadnej tremy. Tak po prawdzie byłem nie świadomy tego co się dzieje. To, że za chwilę matura w ogóle do mnie nie docierało. Nie ślęczałem po nocach nad książkami, nie żłopałem kawy litrami, nie budziłem się w nocy zlany zimnym potem. Nie chodziłem na korki. Byłem wyluzowany i spokojny jak ocean w czasie odpływu. Do czasu. Nerwy rozebrały mnie na drugi dzień, kiedy miałem pisać maturę z historii. Przed polskim wszystko grało, przed historią zaczął się lekki stres. W chodząc do szkoły w obstawie swojej mamy, która dzień wcześniej nie mogła mi towarzyszyć, zostałem napadnięty przez faceta, który kategorycznie niczym komornik rewiru I zażądał ode mnie dziesięciu złotych na nowe ławki dla szkoły. Nie wytrzymałem, myślałem że strzelę go w mordę. Wykoleił mnie. Odpowiedziałem mu w tonie nieparlamentarnym. - Panie odpier... się, ja przyszedłem na maturę! Dobrze, że nie byłem wtedy sam. Kilkanaście minut później widać było, jak napięcie rośnie wśród innych zdających.
Nerwy, niepewność. Musiałem, niestety zażyć lek na uspokojenie. Popiłem go pożyczoną wodą mineralną, tak nagazowaną, że oblałem nią pół korytarza. Nerwy puściły mi dopiero w momencie, gdy wylosowałem ostatnią ławkę. Usiadłem spokojnie i przeniosłem się w czasy średniowiecznych uniwersytetów i katedr. Wieki średnie, coś wspaniałego. Po co mi było pisać o dojściu komunistów do władzy albo Napoleonie? Wybrałem temat, o którym przed maturą w ogóle nie chciałbym słyszeć. I oblałem tylko… korytarz. Matura na pięć.
Ciekawe co dzisiaj śni się maturzystom? Tematy zadań, duże sale, czerwone majtki, a może bezsensowny klucz odpowiedzi, który ktoś wymyślił, aby kreatywnych, zdolnych młodych ludzi postawić do kąta bez możliwości intelektualnego wychylenia się. Klucz wymyślony przez specjalistów okazuje się być kluczem badziewnym, ja wolę skuteczne wytrychy.
![Validate my RSS feed [Valid RSS]](/images/valid-rss.png)